Jezus mówi o wyrzeczeniu się samego siebie. To nie jest wezwanie do pogardy wobec siebie, ale do porzucenia złudzenia, że sam wiem najlepiej, co jest dla mnie prawdziwym życiem. Człowiek bardzo chce sam siebie prowadzić. Chce sam wyznaczać kierunek, sam decydować, co dobre, a co złe, sam oceniać, którędy iść. A Jezus mówi: jeśli chcesz naprawdę iść za Mną, musisz przestać być swoim własnym panem i przewodnikiem.
To bardzo boli, bo nasza własna wola jest dla nas czymś niezwykle cennym. Bronimy jej, trzymamy się jej kurczowo, utożsamiamy ją niemal z samymi sobą. Wydaje się nam, że jeśli odpuścimy własne plany, własne racje, własne scenariusze, to przestaniemy istnieć. Tymczasem Jezus mówi, że jest odwrotnie: dopiero wtedy zaczynasz żyć naprawdę. Bo człowiek, który za wszelką cenę chce ocalić swoje życie po swojemu, w końcu je traci. Traci sens, pokój, głębię, a często także samego siebie. Można bowiem tak bardzo zająć się ratowaniem swojego komfortu, swojego obrazu, swojej pozycji, że w końcu zostanie z nas tylko pusta otoczka, bez serca wypełnionego szczęściem i radością.
Jezus mówi też o wzięciu swojego krzyża. Nie proponuje łatwej drogi. Pokazuje drogę, na której jest odrzucenie, niezrozumienie, zmęczenie, nieraz samotność. Ślady Jezusa są głębokie, bo są odciśnięte przez ciężar krzyża. Kto chce iść za Nim, nie może liczyć na to, że przejdzie po tej samej ziemi lekko, powierzchownie, bez ran. Naśladowanie Chrystusa nie polega na dekorowaniu życia pobożnymi słowami, ale na wejściu w Jego miłość, która kosztuje wszystko.
Krzyż nie oznacza tylko cierpień, które spadają na nas z zewnątrz. Krzyż to także codzienne umieranie dla pychy, dla potrzeby kontroli, dla głodu uznania, dla pragnienia, by zawsze postawić na swoim. Krzyż to zgoda, że nie wszystko będzie po mojej myśli. To przyjęcie chwili, w której jestem słaby, niezrozumiany, bezradny, a jednak nie odchodzę od Jezusa. To wybór miłości wtedy, gdy łatwiej byłoby się odciąć. To przebaczenie wtedy, gdy serce domaga się odwetu. To wierność wtedy, gdy wszystko we mnie chciałoby uciec.
Jezus mówi, że Jego droga jest drogą przegranych, drogą ukrzyżowanych. I właśnie tutaj objawia się największy paradoks Ewangelii. To, co wygląda jak przegrana, w oczach Boga jest zwycięstwem. To, co świat uznaje za słabość, w oczach Boga jest mocą. Człowiek, który trzyma się kurczowo siebie, swoich zabezpieczeń, swoich masek, w końcu rozpada się od środka. Ale ten, kto zgodzi się stracić życie z powodu Jezusa i Ewangelii, zaczyna odnajdywać życie niezniszczalne. Bo prawdziwego życia nie można sobie wziąć. Prawdziwe życie można tylko otrzymać.
Mocne są też słowa Jezusa o wstydzeniu się Go. Bo można iść za Jezusem tylko dopóty, dopóki nic nas to nie kosztuje. Można przyznawać się do Niego w chwilach bezpiecznych, ale milczeć wtedy, gdy trzeba zapłacić cenę: opinii, wyśmiania, odrzucenia, utraty czyjegoś uznania. Człowiek bardzo boi się, że zostanie sam, jeśli otwarcie stanie przy Chrystusie. Dlatego czasem ukrywa Ewangelię, łagodzi ją, ucisza jej wymagania. A Jezus przypomina, że nie można iść w Jego ślady, gdy równocześnie chce się ocalić własny obraz przed światem. Uczeń nie może bardziej troszczyć się o to, co pomyślą ludzie, niż o to, czy pozostał wierny swojemu Panu.
Jezus nie każe nam iść tam, gdzie sam nie był. Nie stoi na końcu drogi jako ktoś obcy i zdystansowany, kto tylko wydaje polecenia. On przeszedł przez odrzucenie, cierpienie, samotność, lęk, niesprawiedliwość, opuszczenie. Zna wszystkie ciemne korytarze ludzkiego życia. Wszedł w nie po to, by pokazać swoją siłę, ale po to, by już nikt z nas nie musiał iść przez nie sam. Gdy mówi: „Pójdź za Mną”, to nie znaczy: radź sobie. To znaczy: idź za Mną, bo Ja znam drogę przez śmierć do życia.
Dlatego chrześcijanin nie jest człowiekiem, który „poradził sobie z życiem”. Jest człowiekiem, który przestał wierzyć, że sam siebie ocali. I właśnie dlatego zaczyna opierać się na Jezusie. To wielka ulga i wielka prawda. Nie muszę sam wytyczać wszystkich ścieżek. Nie muszę udawać silnego. Nie muszę za wszelką cenę ratować siebie. Mogę iść za Kimś, kto zna drogę lepiej ode mnie. Mogę stawiać stopy w Jego ślady, nawet jeśli prowadzą pod górę, nawet jeśli są znaczone krzyżem, nawet jeśli są głębokie od bólu. Bo są to ślady Tego, który przeszedł i nie zginął, który został ukrzyżowany i żyje.
Panie Jezu, ucz mnie wyrzekać się siebie nie z rozpaczy, ale z miłości do Ciebie. Ucz mnie brać mój krzyż bez buntu i bez udawania, że jest lekki. Ucz mnie nie szukać dróg łatwych, ale Twoich. Dziękuję Ci, że przeszedłeś wszystkie ludzkie ścieżki: samotność, lęk, cierpienie, odrzucenie, śmierć. Dziękuję Ci, że nie stoisz daleko, ale idziesz przede mną. Ty jeden znasz wyjście z labiryntu mojego życia. Ty jeden potrafisz przeprowadzić mnie przez to, czego sam nie rozumiem. Spraw, abym nie bał się Twoich śladów, nawet wtedy, gdy prowadzą na krzyż, bo wiem, że tylko one prowadzą do życia.