Spotkanie przy studni, przy której Jezus rozmawia z Samarytanką, nie jest pozbawione głębokich skojarzeń. Była to studnia Jakuba, położona na ziemi związanej z historią Józefa, jego umiłowanego syna. A przecież Józef został przez braci wrzucony w ciemną czeluść, potem sprzedany za srebrniki i upokorzony. Pozwolił się sponiewierać i poniżyć, aby po latach ocalić tych samych braci, którzy go zdradzili. Nawet za krzywdę można się odwdzięczyć dobrem, jeśli ma się serce choćby trochę podobne do serca Jezusa.
Przy tej studni wszystko zaczyna mówić językiem miłości, która pamięta ludzkie rany, ale nie zatrzymuje się na nich. Bóg jest właśnie taki: nie tylko opatruje ranę, ale potrafi uczynić z niej miejsce, przez które popłynie miłosierdzie. Tam, gdzie człowiek zaznał ciemności, On przygotowuje światło. Tam, gdzie ktoś został sprzedany, On przywraca godność. Tam, gdzie była rozpacz, On zsyła ulewę łaski.
I właśnie z takim sercem przychodzi Jezus do Samarytanki. Nie wylicza jej win. Nie przygniata jej ciężarem prawdy, choć zna ją całą. Nie mówi: popraw się, a wtedy cię pokocham. Nie mówi: zasłuż, a otrzymasz. On po prostu daje miłość. To jest najbardziej rozbrajające w Jezusie: że Jego miłość nie jest zapłatą za poprawę, ale źródłem przemiany. On nie kocha człowieka dopiero wtedy, gdy ten stanie się czysty. On kocha go tak głęboko, że człowiek zaczyna pragnąć czystości.
Samarytanka biegnie do miasta, bo serce, które długo było spragnione, nagle napiło się czegoś, czego nie znało. Była kobietą noszącą w sobie zmęczenie, rozczarowanie, może wstyd, może poczucie pustki. Przyszła po wodę, jak przychodzi się po coś zwyczajnego, potrzebnego do przetrwania. A spotkała Miłość, przy której wszystko inne stało się małe.
I dlatego zostawia dzban. Zostawia przy studni to, z czym przyszła, bo nagle okazuje się, że najgłębsze pragnienie jej duszy nie było pragnieniem wody. Dzban zostaje pusty jak grzech, który obiecywał nasycenie, a pozostawiał tylko ciężar. Pusty jak dawne życie budowane na niespełnieniu. Pusty jak wszystkie ludzkie próby ugaszenia serca czymkolwiek poza Bogiem. Ona odchodzi bez niego, bo kto naprawdę spotkał miłość Boga, ten zaczyna rozumieć, że tyle rzeczy niósł przez życie niepotrzebnie.
Boża miłość właśnie taka jest. Nie gwałci wolności, nie szantażuje, nie zamyka człowieka w poczuciu winy. Ona przychodzi cicho, ale trafia głębiej niż najostrzejszy wyrzut. Odsłania prawdę, ale nie po to, żeby upokorzyć. Odsłania po to, żeby uleczyć. Jezus patrzy na człowieka tak, jakby mówił: wiem o tobie wszystko, i właśnie dlatego chcę ci dać jeszcze więcej miłości. To jest miłość niepojęta dla świata, który zna głównie handel: coś za coś, dobro za dobro, wierność za wierność. Tymczasem Bóg daje siebie także tam, gdzie człowiek przynosi Mu tylko swoją biedę.
Może właśnie to najbardziej leczy serce: świadomość, że Bóg nie kocha mnie z litości, ale z zachwytu, który jest silniejszy niż mój grzech. Że nie przychodzi do mnie dopiero wtedy, gdy uporządkuję swoje życie, ale przychodzi w sam środek mojego chaosu. Że nie brzydzi się moją nędzą, ale chce ją przemienić w miejsce objawienia swojej chwały.
I może dlatego każdy z nas ma gdzieś swój dzban pozostawiony przy studni. Swoje stare sposoby szukania ukojenia. Swoje grzechy, do których wracaliśmy, bo wydawało nam się, że dadzą nam chwilę ulgi. Swoje relacje, wybory, przywiązania, które miały napełnić serce, a tylko potwierdzały jego pustkę. A Jezus nie przychodzi, żeby nas zawstydzić tym pustym dzbanem. On przychodzi, żeby powiedzieć: nie musisz już z nim chodzić. Ja sam stanę się dla ciebie źródłem.
To jest dobra nowina dla człowieka zmęczonego sobą. Że nawet z historii odrzucenia może wydobyć historię obdarowania. Że nawet serce poranione, splamione i zagubione może zacząć bić nowym życiem. Wystarczy jedno spotkanie z Jezusem naprawdę. Jedno spojrzenie, jedno słowo, jeden moment, w którym człowiek pozwoli się kochać.
Bo kiedy człowiek raz doświadczy, że jest kochany nie za coś, ale pomimo wszystko, wtedy zaczyna biec. Już nie do studni, ale do ludzi. Już nie po wodę, ale z wieścią, że istnieje Miłość większa niż grzech, większa niż wstyd, większa niż przeszłość. I wtedy pusty dzban zostaje przy studni, a serce wraca pełne.
Dodaj komentarz