Gdy wiara umiera cicho.

Autor:

w

Jeśli naprawdę chcesz iść za Jezusem, prędzej czy później poczujesz się jak wdowa z przypowieści Jezusa, która udała się do niesprawiedliwego sędziego. Będziesz miał momenty, kiedy zobaczysz, że w świecie wygrywa głośniejszy, sprytniejszy, bezczelniejszy. Że prawda przegrywa z cynizmem. Że dobro bywa wyśmiane. Że modlitwa wygląda jak naiwność. I wtedy w środku zaczyna rosnąć bunt: „Panie Boże, gdzie Ty jesteś? Dlaczego to trwa? Czemu ja muszę tak stać i nic nie mogę?”

Właśnie tu jest sedno: wdowa w przypowieści nie jest obrazem przegranej. Ona jest obrazem człowieka, który nie chce wygrywać metodami świata. Ma inną broń. Nie przemoc. Nie pogardę. Nie manipulację. Tylko wołanie do Boga i wierność miłości. To boli, bo oznacza rezygnację z wielu skutecznych narzędzi w oczach świata. Ale jeśli je zastosujesz, przestaniesz być uczniem Jezusa, a staniesz się kolejną stroną konfliktu.

Wdowa nie mówi: „Ja ci pokażę.” Ona mówi: „Obroń mnie.” To jest modlitwa wspólnoty Kościoła. I to jest modlitwa człowieka, który nie chce stać się wilkiem.

Bo w tym obrazie jest jeszcze jedna prawda: wdowa jest bezbronna dlatego, że wybiera inny sposób życia. Ona nie odpowiada złem na zło. Nie oddaje ciosu. Ona idzie do sędziego, czyli do tego, kto powinien stać po stronie sprawiedliwości. A my idziemy do Boga, bo wierzymy, że On jest sprawiedliwością. Nawet jeśli po ludzku wygląda, jakby milczał.

Bo gdy stajesz się wdową, dzieją się dwie rzeczy równocześnie.

Pierwsza: boli. Czujesz się sam. Czujesz, że cię można zranić. I to jest prawda. Chrześcijaństwo nie obiecuje „zbroi”, tylko Krzyż.

Druga: rodzi się w tobie coś czystego. Coś, czego wcześniej nie było. Modlitwa przestaje być dodatkiem. Staje się jak powietrze. Zaczynasz wołać nie dlatego, że masz dobry nastrój, ale dlatego, że bez Boga po prostu nie dasz rady nie zgorzknieć. Nie zamienić serca w kamień.

To jest dramat i piękno ucznia Jezusa: my jesteśmy wolni od przymusu bycia silnymi jak świat. Możemy być słabi, a jednak nie przegrani. Możemy być ubodzy, a jednak pełni. Możemy być bezbronni, a jednak niezniszczalni od środka.

Każdy z nas ma w sobie taką wdowę. Tę część, która jest zraniona, samotna, bezradna. Tę część, która przychodzi o północy i mówi: „Panie, obroń mnie przed moim przeciwnikiem.” Czasem tym przeciwnikiem jest ktoś konkretny. A czasem jest nim lęk. Wstyd. Przeszłość. Uzależnienie. Natrętne myśli. Zniechęcenie. Poczucie, że już nie ma sensu. I właśnie w tym miejscu Jezus mówi: nie przestawaj wracać. Nie dlatego, że Bóg jest jak sędzia i trzeba Go „zamęczyć”. Nie. Tylko dlatego, że wracając, nie pozwalasz, żeby cię uformował świat.
Wracając, trzymasz się miłości, choćbyś trzymał się jej ostatkiem sił. Jezus kończy przypowieść pytaniem o wiarę. Bo największe zagrożenie jest w tym, że człowiek się zmęczy i powie: „Dobra, dość. Będę żył jak wszyscy.”
A wtedy wiara umiera cicho. Przestajesz być wdową, bo przestajesz prosić Boga. Zaczynasz załatwiać rzeczy po swojemu.
A Jezus mówi prosto: wracaj. Wołaj. Trwaj. Bądź wdową. Bo wdowa, która się modli, jest silniejsza niż całe zło świata, dlatego, że ma w sobie Boga. A jeśli Bóg jest w środku, świat może cię zranić, ale nie może cię złamać.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *